Kontrowersja i bunt. Depresja i rewolucja. Legenda mody - Yves Saint Laurent w kinach.

kadr z filmu Yves Saint Laurent
kadr z filmu Yves Saint Laurent fot. materiały prasowe
Filmy o postaciach wielkich zawsze wywołują emocje. Zazwyczaj są to dokumenty. O wielkich projektantach też je nakręcono. Całkiem dobre. Choć fabularny obraz jest rzadkością, to już w ten piątek będziemy świadkami głośnej ekranizacji. Yves Saint Laurent. Bohater bardzo złożony. Geniusz, wrażliwy kochanek, szaleniec. Silna fuzja charakteru, emocji i kunsztu gwarantowana!

W wywiadzie dla magazynu Elle, aktor Pierre Niney (odtwórca roli projektanta) o YSL mówi tak: "Jestem bardzo wyczulony na osoby, które nazwałbym nadnaturalnymi, które widzą coś, czego nie dostrzegają inni. Był kimś takim. W niezwykle inteligentny i wrażliwy sposób odczytywał otaczający go świat." A zatem jaki był świat Yves'a i kim był on sam? Film w reżyserii Jalil Lespert'a w bardzo wyraźny sposób nam to przedstawia. Ale to nie tylko sama moda jest tu ważna. To opowieść o człowieku i miłości przede wszystkim. To bardzo realny i dotkliwy obraz problemów, załamania nerwowego, frywolności życia i okropnie ciężkich kilogramów wciąż rosnących oczekiwań, noszonych na barkach młodego człowieka.





Ale do rzeczy. Akcja rozpoczyna się, gdy 21-letni YSL zdobywa posadę asystenta w domu mody Dior w roku 1957. Nikt nie przeczuwa, że będzie to początek nowej ery. Ery geniuszu, przełamywania tabu i zmiany charakteru w modzie. Film sprawnie przeprowadza nas przez lata jego życia. Ukazuje najważniejsze momenty zawodowe projektanta, jego śmiałe kolekcje i perfekcyjne wręcz pokazy. Ten pierwszy z pamiętną kolekcją trapezową i sukienkami o linii A, zaraz po objęciu funkcji dyrektora kreatywnego. Dalej odnotowuje powstanie marki YSL i otwarcie pierwszego salonu cuture w 1961 roku. Pokazuje słynne sukienki z geometryczną formą pasów i kolorów, inspirowane obrazami Pieta Mondriana. Naturalnie zaznacza też rewolucję w kobiecej garderobie za sprawą damskiego smokingu, idealnie wpisującego się w ówczesne czasy feminizmu. Później prowokuje buntem, skórą i znacznie odkrywa ciało, by na koniec zachwycić niezwykłym, kostiumowym i ewolucyjnym Ballets Russes z futrzanymi czapami, bogactwem ornamentów, złota i bardzo wyraźnym odniesieniem do kultury ludowej Wschodu, zaprezentowanym w roku 1976. Właśnie... i tu kończy się cała historia. Ma się wrażenie, że jest urwana jakby przed wcześnie. Bowiem Saint Laurent projektował nadal, powiększał domową kolekcję sztuki i żył z Pierrem Berge' do końca. Zmarł dopiero w czerwcu 2008 roku.



Co jeszcze? Sporym zaskoczeniem było dla mnie to, że postać legendarnego designera była taka rzeczywista. Że pokazano jego ludzkie, niedoskonałe oblicze. Że zaznaczono wyraźnie pogłębiające się problemy psychiczne, nadużywanie alkoholu, uzależnienie od kokainy i nocne, rozwiązłe życie seksualne bohatera. Trochę zachwianie geniuszu, bo nie to przecież było najistotniejsze w jego twórczości. Ale wszystko to, sprawiło, że film był na pograniczu dramatu, romansu i akcji, a nie wykreowanej gloryfikacji. Był po prostu pełen emocji, głównie za sprawą - bądź, co bądź - szalonej i ciężkiej miłości. Podobno życia prywatnego i biznesu się nie łączy. Pierre i Yves zaryzykowali. I chyba kosztem sukcesu właśnie, namiętność zosała odprawiona z kwitkiem. W ogóle pokazano dużo epizodów, nawet pełnych historii zza ich prywatnych drzwi. Momentów dotkliwych. I jeszcze muzyka. Ta akurat była rewelacyjna. A wiadomo, że to ona nadaje charakter filmowi. Dobrze dobrana i skomponowana, tylko winduje obraz. Przez to wszystko produkcja jest bardzo komercyjna. Taka kinowa właśnie. Kompletnie inna od znanego, francuskiego dokumentu "Szalona Miłość" z 2010 roku.



Niewątpliwie ciekawostką i atutem filmu jest to, że wszystkie użyte kreacje to oryginały. Pracownia i dom w Maroku również były autentyczne. Jednak w obliczu całej tej historii ma się wrażenie, że pomimo chorobliwej zazdrości postać Pierra Berge' jest wybielona. Trochę za bardzo. W ogóle tak jakby coś w tym wszystkim nie do końca się zgadzało. Może było pod dykando? W końcu wiemy co dzieje się z wywiadem czy innym projektem przy autoryzacji... Nie mniej jednak to film, który obejrzeć warto. Nie tylko dla mody, ale także historii, po prostu. Może i jest on trochę podkręcony, nie do końca zbalansowany? Sądzę jednak, że dla wielu lubiących ciekawe kino, a nie zajmujących się modą na co dzień - będzie dobry. Bo jak powiedział kiedyś sam Yves: "Moda przychodzi i odchodzi, a styl jest wieczny”. Tak samo jest i z osobowością, którą się pamięta pomimo wszystko. A jego pamiętać będziemy na pewno. Wiecznie.

Trwa ładowanie komentarzy...