Aztecka geometria na bogato, czyli Przybylski odważny jak nigdy!

finał pokazu Wild at Heart SS15
finał pokazu Wild at Heart SS15 materiały własne
Skrupulatność. Świetne wykończenie. Precyzja. To cechy projektanta doświadczonego i dobrego od lat. Tym samym, to niewątpliwie przymioty Mariusza Przybylskiego. Właśnie zakończył swój modowy tryptyk, pokazem, który śmiało można uznać za najsilniejszy w tym sezonie.

W styczniu świętował swoje dziesięciolecie. Zaczynał od męskiej garderoby, w której stał się specjalistą na 100%. Dziś jego kolekcje, to równomierne rozłożenie sił na sylwetki damskie i męskie. Znany jako minimalista i esteta z matematycznym zacięciem do działania. Szerszej publiczności dał się ostatnio poznać, jako juror programu Project Runway. Kilka dni temu zaprezentował swoją najnowszą kolekcję na wiosnę/lato 2015 Wild at Heart. Co przedstawił i dlaczego odebrano ją tak pozytywnie?

Niewątpliwie chodzi tu o konsekwencję. Projektant od wielu sezonów przyzwyczaił nas do pewnej estetyki. Z jednej strony to dobre, powiedziałbym nawet, że cenne. Z drugiej zaś na dłuższą metę może stać się wtórne, żeby nie powiedzieć nudne. Nic z tych rzeczy, bo w przypadku Mariusza na nudę nie można liczyć. Tu zawsze należy spodziewać się odpowiedniego i satysfakcjonującego poziomu. Nie trudno jednak zauważyć, że to trzeci pokaz (poza przerwą z sezonem jesień/zima 2013/14) o bardzo zbliżonej konwencji. To samo miejsce (hala zdjęciowa na ul. Domaniewskiej w Warszawie), biel jako dekoracja w tle, krzyżowo-spacerowa choreografia, teatralne ustawienie krzeseł na widowni. I wreszcie najważniejsze - ubrania: podobny krój, dobór materiału, uszycie, graficzne uwydatnienie, charakterystyczne elementy. Przybylski stawia zatem na to, co sprawdzone. Czy to źle? Absolutnie, bowiem reinterpretacja i unowocześnienie modeli pozwala na przekonanie się o tym, iż pewne pomysły posiadają mnogość oraz różnorodność zastosowań. Ponadto, pomimo kolejnych zestawień w kolekcji, wciąż widoczna jest harmonia.

Tym razem zobaczyliśmy istne szaleństwo. Szaleństwo rozpatrywane w kategorii Przybylskiego, bo stonowana kolorystyka czerni i granatu została zdominowana przez multikolorowe azteckie wzory i mozaiki, widoczne na wszystkich częściach garderoby od kurtek, płaszczy, spodni, koszul i bluz, po spodnie, spódnicospodnie (!) oraz sukienki. A wszystko to w wersji sportowej i eleganckiej. Niby prostej, ale jakże wyrafinowanej. Wprawdzie w ostatniej kolekcji projektant zaskoczył już rajskimi printami, ale stanowiły one zamkniętą sekwencję pierwszej, mniejszej części kolekcji.

Dekada konstrukcyjnej mody. Przybylski night air show.

W Wilde at Heart bujne i bogate wzornictwo widoczne jest właściwe do samego końca, ponieważ po motywie a' la indiańskim nastąpiło kolejne zaskoczenie - kolorowe kamienie i kryształy w wersji maksi. Zdobiły one zarówno garderobę damską i męską, bazową i wierzchnią. Od tradycyjnych bluz po niezwykle spektakularne zakładkowo-plisowane spódnice "syreny", wykonane ze sztywnej piankowej siatki, która wcześniej znalazła zastosowanie chociażby w jego słynnych kurtkach bomberach. A więc poza total lookami w energiczne zygzaki, to drugi bardzo mocny element tej kolekcji. Może i owe kamienie nie przypadły mi od razu do gustu (wciąż się do nich przekonuję), jednak trzeba przyznać, że z punktu widzenia wybiegu i światła scenicznego, to bardzo widowiskowy zabieg. Ciekawe czy znajdą zastosowanie w codziennym życiu? To jeszcze nie wszystko. Dopełnieniem licznych zdobień okazała się specjalna linia biżuterii marki Briju, zaprojektowana oczywiście przez Mariusza. Bowiem o ile pierwsza część pokazu wyraźnie nawiązywała do indiańskiego charakteru, to druga w swym szyku przywodziła na myśl odniesienia do zmodernizowanej interpretacji surowych gotyckich znamion w połączeniu z lekko barokową nutą, okraszoną bogactwem. Niemożliwe? Otóż jak najbardziej, a wszystko to za sprawą opisanych kamieni, naszyjników, golfów wystających ponad zapięte kołnierzyki niczym nadworne fulary zawiązane wokół szyi oraz rozkloszowanych spódnic o sztywnej konstrukcji, a także mięsistym deseniom materiału w granatowych kompletach.

Konsekwencja projektanta była widoczna przede wszystkim w doborze materiałów i bogactwie faktur oraz kolorystyce bazowej. Z kolei geometria, liczne przeszycia tworzące iluzję uwypuklenia, asymetria, wąskie spodnie (głównie o długości 7/8) i pudełkowe formy, a także ozdobne mozaiki sprawiły, że kolekcja była­ na wskroś nowoczesna i spójna. Z kolei wierność muzyce filmowej (tym razem usłyszeliśmy kompozycje takich autorów jak Hans Zimmer czy Abel Korzeniowski) dokonały tego, że zwykły pokaz mody stał się niczym dopracowany spektakl teatralny. I pomimo, że ostatnio na pokazy Mariusza trzeba czekać prawie rok - za co możnaby się nawet obrazić - to uwierzcie, w takim wydaniu czekać naprawdę warto. Tym bardziej, jak się dowiedziałem po pokazie, to ostatnia część tego precyzyjnego tryptyku i przyszłoroczne show będzie zupełnie inne.
Trwa ładowanie komentarzy...